No cóż byłam w raju, teraz potop… Od rana leje… Burza i ulewa mnie obudziły, potem już tylko było gorzej. Ale od razu piszą, dzwonią, żebym się nie bała (jakoś specjalnie się nie bałam, filmiki kręciłam). Przyjechały służby (a ze strażakami już niejedną przyjemność miałam, więc i tutaj było nieźle), członkowie wspólnoty. No i walka z wodą się zaczęła. Tzn trwa do teraz, bo ma lać cały dzień…ja dostałam areał sanitariatów, z dachu ciekło.
Po opanowaniu wody, dzielenie się refleksjami na ten temat, pokazywanie wiadomości, filmików, gdzie jakie zniszczenia i radość, że u nas w sumie niewielkie. W tym gadaniu są naprawdę boscy. Jak w końcu przestało lać, tylko „kropiło” , udałam się coś zjeść. No i to był błąd. Tu się nie wychodzi o 13. 30 jeść… wszystko pozamykane (jadłodajnie też), chodzę, chodzę o głodzie i chłodzie i wreszcie weszłam do jakiejś hotelowej restauracji, o dziwo jeszcze otwarta. Pojadłam (znowu asados i solidna copa de vino) i w drogę powrotną. O samym mieście jeszcze popiszę później, na razie jesteśmy w fazie zachwytu 😊 Wieczorem Gabriel zabrał mnie na zakupy do marketu i przeprowadzka do mieszkanka (żebym miała trochę intymności i spokoju podczas fiesty, więc na te 2 tygodnie mieszkam gdzie indziej). Bardzo mi się to mieszkanko widzi 😊kolorystycznie moje krakowskie. Uroczy właściciele- on emerytowany wzięty adwokat, ona też jakaś szycha. A! zakupiłam też spray na pająki, bo swojego spider kilera nie mogłam samolotem przewieźć 😊 zatem wszystko wypsikałam w nowym mieszkanku. I po wywietrzeniu spokojnie poszłam spać
Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador