29 sierpnia 2026 roku. Stawiam pierwsze kroki w Argentynie. Buenos Aires to niby miasto, które nigdy nie śpi, ale lotnisko spowija jeszcze dosyć senna atmosfera o 5.50 (w Polsce już 10.50). Pierwsze drobne nerwy przy kontroli paszportowej, ale przesympatyczny pan tylko spisał dane, pobrał odcisk palca, zapytał, gdzie będę mieszkać (spisał dokładny adres) i z uśmiechem życzył miłego pobytu w Argentynie. Potem większy nerwik, kiedy czekasz na swoje walizy i widzisz, że została już niemal tylko załoga samolotu i ty… a walizki nie jadą. No nie przerzucili w Amsterdamie! Albo gdzie indziej przerzucili! O czym już zdążyłam poinformować część znajomych 😉 w końcu jadą. Spacerek z walizkami, kontrola bagażu. Tu znowu myślenica, czy zupki instant (barszcz), o które prosili zapraszający to już towarek do zgłoszenia, czy jeszcze nie. Albo śliwki nałęczowskie i pierniki toruńskie i krówki…. Zanim się namyśliłam sympatyczna pani już podchodzi i walizeczki jadą. W plecaczku cała reklamówka lekarstw. Od razu mówię, że mam zaświadczenie. Nikt go nawet nie chce oglądać, tylko pytanie, jaka choroba. Odpowiadam, pytają, czy dobrze się czuję. Tak. No to „Bienvenido a Argentina!”. Potem taksóweczka na drugie lotnisko (50 minut podróży), cudowny emerytowany taksiarz włoskiego pochodzenia poopowiadał o Buenos, pokazał, gdzie są ciekawe miejsca (i restauracje, wyczuł mnie 😉) Piękny widok wschodzącego słońca w Buenos, wynurzało się z mgły, naprawdę cuuuudo. Na drugie lotnisko dotarłam już w pełnym słońcu, niebieskim niebie. Do tego latające papugi. Woow!! Choć czujnie obserwowałam, czy jakiś pająk albo wąż się nie czai 😉Strasznie dużo czasu spędziłam na tym lotnisku, bo trzykrotnie przesuwali lot do Posadas. Dzięki temu weszłam już w rytm argentyński, zero stresu, spokój, czekanie. Pogawędki (o dziwo hiszpański szybko „pyknął”), pierwsza empanada (mniam), kawka (a nawet 2), wymiana dolarów (części, choć kurs był dobry), no i akcja walizka (cd historii z Balic), dokupiłam w końcu drugą. Bez problemu, pani mnie pokierowała, gdzie trzeba. Zresztą ma polskie korzenie (ale po polsku oczywiście nie mówi). W końcu- samolot do Posadas i ok. 17 czasu argentyńskiego (polskiego 22), czyli po 29 godzinach podróży spotkałam mojego nowego szefa Gabriela i Sergia, którzy przyjechali na lotnisko. Już tylko niecałe 2 godzinki samochodem i jestem w Obera 😊
No i tutaj szaleństwo! Pierwsze wrażenie- fantastyczne robi samo miejsce: Parque de Naciones (Park Narodów) – park, w którym potomkowie różnych nacji zamieszkujących Obera (Misiones) mają swoje domy. Miejsce zachwycające. Wchodzimy do Domu Polskiego (styl zakopiański ;)), a tam tłum „naszych”- potomków polskich imigrantów. Prezes Stowarzyszenia Polskiego z żoną, wiceprezeska, poprzedni Prezes, członkowie Zarządu, młodzież, dzieci (z rodzicami). I dzieci zatańczyły polski taniec ludowy na powitanie . Słodkie naprawdę!! Choć i zabawne: dziewczynka w koszulce Messiego tańcząca oberka 😊 Wszyscy ściskają, całują, nie byłam w stanie spamiętać imion, taki tłum. Gwar, rwetes. BOOOOOskooo!!! W ogóle nie czułam zmęczenia. Po pokazach i oprowadzeniu po hacjendzie przez Prezesa- fiesta powitalna, własnoręcznie robione empanady. Mniaaaaam!!! No obżarłam się do nieprzytomności. W końcu na nocleg się udałam i spałam znakomicie. A! żebym się nie bała, młodzież sobie jeszcze na dole siedziała cichutko i wyszła jak już spałam.
Jak widzicie, pierwsze wrażenie fantastyczne. Przede wszystkim ludzie: serdeczni, otwarci, szczerzy. Poczułam się tak jakbym do rodziny na wakacje przyjechała, naprawdę!
Balice
Buenos Aires
Dom Polski w Obera
Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador